Śladem generała Emmanuela - konno pod Elbrus

W dniach 18. do 23. lipca 2012 miałem zaszczyt uczestniczyć w rajdzie konnym po Kaukazie Północnym zorganizowanym z okazji 183. rocznicy pierwszego wejścia na górę Elbrus. Jej podnóże było celem rajdu.

Organizatorami rajdu była wspólnoty Kozaków z Goriaczewodska (Stawropolski Kraj) oraz Czerkiesów (Kabardyńców) z Nalczika (Republika Kabardyno-Bałkaria). Reprezentowali je Walerij Pomatow (Валерий Поматов), ataman kozaków goriaczewodskich, oraz Ibragim Jaganow (Ибрагим Яганов), hodowca koni kabardyńskich z Nalczika (По следам Емануеля — И снова в поход!). Celem rajdu było przejście historycznej trasy generała György Emmanuela, który w 1829 roku doszedł z Piatigorska do polany u stóp północnych zboczy Elbrusa i stamtąd rozpoczął podejście na szczyt. Zadaniem grupy konnej, która startowała z kozackiej stajni w Goriaczewodsku było dostarczenie na polanę (zwaną dzisiaj Polaną Emmanuela) flagi, która została następnie wyniesiona na szczyt przez grupę alpinistów.

Dla mnie, członka grupy wyruszającej z Nalczika, rajd rozpoczął się w rzeczywistości dwa dni wcześniej. Musieliśmy bowiem z Nalczika dotrzeć konno do Goriaczewodska. Kalendarz wyprawy wyglądał zatem z naszego punktu widzenia następująco:

  • 18. lipca — z Ibragimem ściągamy konie z górskich pastwisk pod górą Inał (dolina Tyzyłu) w KBR i wyruszamy do miejscowości Sarmakowo. Tm spotykamy naszą długoletnią znajomą, francuską dziennikarkę Catherine Michelet, oraz ojca Laurenta, francuskiego zakonnika, prowadzącego katolicką misję w Nalcziku. Oni do Sarmakowa dotarli dzień wcześniej (17. lipca) ze wsi Błagowieszczenka, gdzie misja prowadzi konną szkołę dla miejscowej młodzieży.
  • 19. lipca — z Sarmakowa wyruszamy do Goriaczewodska, leżącego na obrzeżach miasta Piatigorsk. Mieści się tam kozacka stanica, w której tego samego dnia odbywa się oficjalne otwarcie rajdu z udziałem przedstawicieli Kozaków oraz miejscowych władz.
  • 20. lipca — oficjalnie pierwszy dzień rajdu, podczas którego grupa 12 jeźdźców przejeżdża z Goriaczewodska do Kamiennomostu, wsi leżącej w dolinie Małki kilka kilometrów wyżej od Sarmakowa. Dla nas jest to więc niejako droga "powrotna", tym razem przejechana "oficjalnie". Obóz rozbijamy na pięknej polanie z licznymi podziemnymi źródłami w górnej części wsi.
  • 21. lipca — grupa jedzie z Kamiennomostu w pobliże najwyższego punktu grzbietu Kanżal (Канжал), gdzie w dogodnym miejscu rozbijamy biwak. Ten odcinek przejechałem samochodem jako grupa serwisowa, na moim koniu jechał kuzyn Ibragima.
  • 22. lipca — schodzimy stromymi serpentynami z Kanżału i następnie w stronę wąwozu Dżily-Su (Джилы-Су), z którego przechodzimy już bezpośrednio na końcowy biwak na Polanie Emmanuela.
  • 23. lipca — dzień odpoczynku dla koni. Chętni pomagają grupie alpinistycznej wynieść sprzęt do obozu bazowego u stóp lodowca pod Elbrusem (wysokość 3800 m n.p.m.).
  • 24. lipca — oficjalne zamknięcie rajdu konnego.

W ciągu tych kilku dni pokonaliśmy konno łącznie ok. 200 km, przechodząc dziennie odcinki 40-60 km i spędzając dziennie w siodle 7-10 godzin. Były to odcinki pokonywane w dużej części w trudnym terenie górskim, na wysokościach powyżej 2 tys. m n.p.m., po gruncie kamienistym. Wszystkie konie były kute na cztery nogi podkowami stalowymi z hacelami. Jeśli chodzi o rząd to w użyciu były siodła kabardyńskie (z poduszkami), kulbaki i rozmaite inne siodła rajdowe, często z napierśnikami i podogoniami.

Wielokrotnie przekraczaliśmy górskie rzeki, czasem poruszaliśmy się ich korytem. Wiele razy pokonywaliśmy też strone podejścia i zejścia, niekiedy o jednorazowym przewyższeniu kilkuset metrów. Najgorszy pod tym względem był 18. lipca kiedy we dwójkę z Ibragimem szukaliśmy przez kilka godzin wyjścia z doliny Tyzyłu, tak by nie nadrabiać drogi przez wieś Gundelen. Ponieważ większość znanych nam ścieżek była zarośnięta lub kończyła się zawaliskami, uprawianą przez nas aktywność można śmiało określić "konnym alpinizmem". Priorytetem było jednak zawsze dobro koni, stąd trudniejsze odcinki trasy górskiej (od Kamiennomostu wzwyż) pokonywaliśmy na piechotę, prowadząc konie w ręku.

Wszyscy trzymali się jednak do końca, obyło się bez poważniejszych kłopotów tak po stronie koni jak i jeźdźców. Od strony organizacyjnej doskonale zaprezentowali się Kozacy, którzy zapewnili kilka samochodów jedzenia, kuchnię itd. Nas od strony logistycznej wspierał Igor Kommel (Kosmopoisk), który ze swoim Uazem 452 podążał za nami przez całą trasę wioząc sprzęt biwakowy, owies itd.

Sytuacja nieco się skomplikowała już po zakończeniu rajdu. O świcie 25. lipca Ibragim, Catherine oraz ojciec Laurent wyruszyli konno z Dżyly-Su w stronę Inału, czyli pastwisk, na których przez większość roku przebywają konie Ibragima. Na miejsce mieli dotrzeć wieczorem tego samego dnia, więc kiedy nie uzyskaliśy od niż żadnego sygnału do popołudnia następnego dnia poważnie się zaniepokoiliśmy (większości trasy nie pokrywa żadna sieć telefonii komórkowej). Kiedy 26. wieczorem składaliśmy w miejscowym MWD (ministerstwo spraw wewnętrznych) wniosek o rozpoczęcie poszukiwań otrzymaliśmy wreszcie oczekiwany sygnał od Ibragima. Okazało się, że z powodu osuwisk niemożliwe stało się pokonanie doliny Tyzyłu, więc grupa była zmuszona zanocować w lesie i przez cały następny dzień wracać na Kanżał. Dopiero stamtąd mogli się z nami skontaktować.

Kolejny nieprzyjemny incydent, o którym dowiedzieliśmy się później, miał miejsce 24. lipca. W miejscowości Gundelen, leżącej u wylotu Tyzyłu, grupa lokalnych aktywistów bałkarskich zatrzymała Wiktora Kotliarowa wydawcę książek z Nalczika, specjalizującego się w przewodnikach turystycznych, który wracał wieczorem z grzbietu Kanżału po sesji fotograficznej. Jego wyprawa nie miała żadnego związku z rajdem ale miejscowi wzięli go za członka naszej ekipy samochodowej i obrzuciła nacjonalistycznymi obelgami. Jak się potem okazało, podobne incydenty miały już miejsce w przeszłości (300 балкарцев перекрыли дорогу, ведущую к горе Канжал).

Na szczęście i tutaj wszystko skończyło się pomyślnie - dwa dni później byliśmy w Gundelen żeby znaleźć samochód do przewiezienia konia misji katolickiej do jego rodzimej stajni. Samochód udało się znaleźć bez problemu a mieszkańcy, z którymi rozmawialiśmy określili wspomniany incydent jako nie wart szczególnej uwagi wybryk lokalnych radykałów.











Photos by Igor Kommel and Paweł Krawczyk

Other photos and videos:


comments powered by Disqus